Parę lat temu powstała pierwsza szmacianka TUTAJ. Była grzeczna, teraz przyszedł czas na niegrzeczną szmacianą pannę. Szmacianą kocicę. Taka ruda w czarnym, skórzanym kubraczku z dżetami i tiulowej spódnicy urodziła się w mojej głowie.
Już usłyszałam coś takiego, że jeśli coś tworzę - to trzeba tam doszukiwać się kotów lub domków. I coś w tym jest, bo te motywy często się pojawiają w mojej głowie:)
I tak pojawił się kolejny ceramiczny talerz w miłym mi kształcie.
Ceramiczne płyteczki, które ułożą się w kształt miasteczka:)
Takie coś. Talerz, paterka, misa...? Na czterech nóżkach.
A powinny być łapki.
Z jednym okiem? Już chyba widać, kto zacz:)
Taki koci talerzyk ostatnio powstał. Trochę dziecinny, trochę komiksowy, koci. Kociarze pewnie to czują- jak się ma kota, to się ma - wszędzie i we wszystkim.
Koty mają coś w sobie. Te akurat mają kulkę silikonową, a na sobie farby do tkanin. Są już brelokami i zawędrowały do różnych właścicieli. Ciekawe jak sie sprawują:)
O specyfice ulicy, na której mieszkam pisałam już nie raz. TUTAJ znajdziecie jej obrazek i mieszkańców. Kiedy zastanawiałam się, co ma być na moim własnym, autorskim obrazku na desce wiadomo było od razu, że to będzie moja ulica:) Namalowana pod czujnym okiem Rity Staszulonok.
Na początek - rysunek.
Szkic akwarelami.
I zabawa temperą z jajem i akwarelami. Szaleństwo:)
Pierwsze kształty przywoływały różne skojarzenia:)
Potem pojawił się kot. Kot musi być!
Gotowe dzieło wisiało nawet przez chwilę na wystawie wSzarym Ganku. Widać tam jeszcze jeden mój obrazek, ale o tym później, ciekawe czy ktoś zgadnie który?
Zawsze wiedziałam, że gdzieś głęboko we mnie siedzi to Coś. Coś nie dawało mi spokoju, wierciło się, czasem wystawiało czubek nosa.
Mijały lata... Nadszedł pewien czas i Coś wylazło. Filcuję, lepię, szyję, rysuję, maluję, wyszywam, naklejam, wymyślam, a Coś... rośnie i się cieszy.